Schabowy wygrywa z ośmiorniczkami

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

na początek zastrzeżenie – jestem apolityczny. Cieszę się natomiast, że jest nadzieja na powrót rozumu także w kuchni. Że rządzący w końcu zajmą się prawdziwymi problemami, a nie tym, czy w szkolnym sklepiku mogą znajdować się drożdżówki.

Przechodząc do meritum – zdecydowanie wolę, żeby na moim stole stał talerz ze schabowym i mizerią niż „czyściciele” oceanu. Dlaczego?

Owoce morza to w Polsce niewątpliwie moda ostatnich lat. Głównie dlatego, że są drogie, a nuworysze uważają, że jedzenie czegoś drogiego nobilituje. Hochsztaplerzy wskazują na „dobrodziejstwa” płynące ze spożywania tych obrzydliwości. Ze „dieta śródziemnomorska”, że skarbnica witamin z grupy B i minerałów. Otumanieni modą nie słuchamy lekarzy i naukowców. Więc dla przypomnienia.

1. Owoce morza należą do najczęstszych alergenów. Dzieje się tak dlatego, że małże, ostrygi czy krewetki są tzw. filtratorami – wszystkie toksyny, związki chemiczne, bakterie chorobotwórcze, pasożyty i wirusy zostają przez nie wchłonięte i pozostają w organizmie. Dotyczy to także biotoksyn zawartych w glonach.

2. Często owoce morza żyją w środowisku „bogatym” w ludzkie fekalia, gdzie łatwo spotkać Salmonellę czy Clostridium. Jeśli do tego dołączymy atawistyczny sposób jedzenia (na surowo) – zabawa murowana.

3. Niektórzy mieszkańcy mórz, tak uwielbiani przez „koneserów”, to padlinożercy. Przykładem może być chociażby homar, miłośnik konsumowania rozkładających się ryb. Z wrodzonej delikatności nie będę rozwijał tematu.

4. Spora część skorupiaków roznosi wredne mikroorganizmy, jak np. przecinkowiec cholery, nie mówiąc o nicieniach, obleńcach, amebach.

5. Cały ten morski syf ma ponadto jedną cechę wspólną – kumuluje w swoich organizmach rtęć, ołów, kadm, których tony znajdują się w oceanach.

Zanim zatem sięgniecie po kolejną porcję „fit zdrowych” morskich obrzydliwości, pomyślcie trochę i zastanówcie się, dlaczego stan Kalifornia nakazał producentom i dystrybutorom owoców morza umieszczaniu na etykietach informacji „żywność, która może być niebezpieczna dla zdrowia”.

Snobizm restauracyjny

Witacie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

dziś będzie o snobizmie restauracyjnym. Z rozbawieniem obserwuję zmiany dotyczące polskiej gastronomii. Jeszcze do niedawna, gdy chciałem coś zjeść – wybierałem się do restauracji, na kawę i ciastko – do kawiarni, a na piwo – do pubu. Świat był prosty. Dzisiaj restauracje są wypierane przez atelier, laboratoria, fabryki smaku. Zasada w nich jest prosta. Im więcej snobizmu, obcych nazw, udziwnień, tym lepiej (dla właściciela), bo cena wyższa.

Znajomi zaprosili mnie ostatnio do takiego przybytku. Nowoczesne wnętrze, ruch niewielki, obsługa przemiła. Wszystko wydawało się niby ok. Nawet kelner (tfu, menadżer sali) uśmiechnięty, miły. Może ciut za bardzo miły i nachalny – gdy pytał o nasze gusta i upodobania czułem się trochę jak nastolatek nagabywany podczas spowiedzi o szczegóły zdrożnych uczynków. Ale mniejsza z tym. Pogadaliśmy, zamówiliśmy, czekamy. Ponieważ lubię pełne trzydaniowe posiłki, obstalowałem takiż. Zrezygnowałem ze „starterów” (dla niewtajemniczonych – kiedyś zwane były przystawkami). Przy okazji wyszedłem na prowincjusza, gdyż zwróciłem uwagę panu menadżerowi, że starter to sędzia dający sygnał do rozpoczęcia zawodów (a kanibalem nie jestem), ewentualnie urządzenie uruchamiające silnik (a poziom żelaza u mnie, jak i innych pierwiastków, jest w normie). Żartu nie załapał. Podano zupę – rosół. Wiecie jak wygląda rosół? Ten tak nie wyglądał. W fikuśnej misce dla psa dostałem trzy wielgachne kluchy oblane odrobiną żółtawej cieczy. Całość wyglądała raczej jak niedojedzone resztki po poprzednim gościu niż normalne danie. Ale cóż, wielkość porcji rzecz względna. Trzy ruchy łyżką i po „rosole”.  Nie zdążyłem nawet zdać sobie sprawy, czy to było dobre, czy nie. Na pewno za zimne, ale trudno się dziwić, że trzy łyżki cieczy wystygły podczas przynoszenia z kuchni. Po dość długim czasie na stół wjechało „danie główne”. Cudzysłów nie jest tu przypadkowy. Nie będę analizował tego, co mieli na talerzach moich współbiesiadnicy. Po prostu nie pamiętam, bo oniemiałem na widok zawartości swojego. Na środku ogromniastego modernistycznego półmiska leżała odrobina mięska z kostką (zamówiłem jagnięcinę), obok niej trzy łyżeczki jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego puree, zaś wszystko to zostało przybrane amebopodobnymi cudeńkami, udającymi warzywa. Ponieważ na sali panował półmrok, kucharz całość „okrasił” krwistymi i fosforyzującymi promienistymi mazajami, które miały za zadanie ułatwić odnalezienie „potrawy”, z trudem dostrzegalnej gołym okiem. Słowem – jedzenie było, ale jakby go nie  było. Opis „deseru” Wam oszczędzę.
Wyszedłem z owego „laboratorium” zły i głodny. Ale z jednym, absolutnie niepodważalnym, przekonaniem. Ktoś zrobił mnie w konia. Usiłuje mi wmówić, że dyzajnerstwem można zastąpić normalną kuchnię, że jak coś udziwnione, to trendy. Guzik prawda. Posiłek jest po to, by się najeść, pogadać w międzyczasie z przyjaciółmi, odpocząć, znów podjeść. Tak jedzą Włosi, Francuzi, Szwajcarzy, Niemcy. Taką tradycję kulinarnych wyjść do restauracji mają też Polacy. A „nowe”, które nadciągnęło, jest sprytnym wyciąganiem pieniędzy od tak zwanych „aspirujących”. I to na ich snobizmie bazują cwani „restauratorzy”. Dziś zabiorę w rewanżu znajomych w miejsce, gdzie danie główne dla jednej osoby waży więcej niż całodzienny „obrót” produktów w kuchni snobistycznej knajpy. I gdzie na sali słychać rozmowy, śmiech, a nie szczękanie sztućców o puste talerze.

6 powodów, dla których nie warto być z kobietami przesadnie dbającymi o figurę

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

dziś będzie bardziej dla facetów, ale kobiety też niech poczytają. 6 powodów, dla których nie warto wiązać się z fit-oszołomkami.

1. Nie zadba o Ciebie.

Babka skupiona na swoim wyglądzie będzie zawsze stawiała swoje potrzeby ciągłego ćwiczenia i jedzenia fit na pierwszym miejscu. Nie będzie rano uprawiać z Tobą seksu, bo „przecież o 6.00 biega”. Nie da Ci obejrzeć filmu, bo „musi ćwiczyć do płyty”. Sama nie przygotuje ani nie pomoże Ci w zrobieniu porządnego obiadu. Będzie starała się przekonać Cię, że rozmemłańce sojowe smakują tak samo jak schabowe. Nie tylko nie wesprze Cię w kuchni, ale też nie pozwoli ugotować bigosu, bo jej „śmierdzi”. Na Twoje wieczorne piwo reagować będzie histerycznie. Nie przygotuje o 21.00 kolacji z okazji waszej rocznicy, bo „po 18 nie jada”. Zawsze jej sałata będzie ważniejsza niż Twoje mielone, jej trening – niż Twój czas relaksu, jej jogging – niż Twoje prośby o erotyczne igraszki. Nie znajdziesz w domu cukru, ciasta, masła, piwa. A powiedz takiemu babsztylowi, że jest za chudy… Masz miesiąc abstynencji seksualnej jak w banku.

2. Nie pogadasz z nią o filmie ani literaturze.

Kiedyś, przeglądając blog p. Chodakowskiej, ucieszyłem się przez chwilę, bo usłyszałem z filmiku, że przed snem czyta. Niestety, nie chodziło o prozę, poezję czy nawet publicystykę. Guru odchudzania dokończyła, że zawsze przed snem czyta… komentarze na facebooku pod tym, co wcześniej wrzuciła. Niestety pan Ewa nie jest wyjątkiem. Przesadne dbanie o swój wygląd jest odwrotnie proporcjonalne do dbania o umysł. Zresztą trudno się dziwić. Kiedy taka, jedna z drugą, ma znaleźć chwilę na, czasochłonne bez wątpienia, czytanie, oglądanie, słuchanie? Rano skacze, potem pichci coś fit, parę godzin spędza w internetowej sekcie królików, potem znów coś rozmemła w kuchni, poskacze, pobiega i idzie spać. Nie posiedzi z Tobą przez całą noc przy kilku butelkach wina i rozmowach o tym, dlaczego Roth znów nie dostał literackiego Nobla. Nie posprzeczasz się z nią o to, czy Smarzowski to dobre kino, czy obciach. Jej książkowa wiedza ogranicza się do poradnika „1000 potraw bez glutenu”, zaś filmowa do „Zmień swoje życie z Ewą Chodakowską”.

3. Nie będziesz czerpać radości z seksu.

Nie od dziś wiadomo, że w erotycznych igraszkach przodują prawdziwe kobiety. Takie, do których krągłości można się przytulić. Mit, że wysportowana babka jest dobra w łóżku, jest tak samo prawdziwy, jak to, że stara panna to wulkan temperamentu. Po cholerę mi w sypialni worek, nawet wygimnastykowanych, kości? Szpagat będziemy razem robić, czy co? Będąc z takim chudzielcem, któremu wszystko wystaje spod skóry, będziesz za każdym razem wychodził z łóżka posiniaczony i obolały, jak Lewandowski po meczu z Irlandią.

4. Stracisz kumpli.

Od chudzielca szybko usłyszysz, że Twoi kumple to wcielone zło. Że wyciągają Cię na pizzę i piwo, że przesiadujesz z nimi w pubie. A spróbuj ich zaprosić do domu. Chudzina wytnie CI takie numery, że ze wstydu się nie pozbierasz. Co powiedzą Twoi przyjaciele, gdy na stole zastaną seler naciowy i źródlaną wodę? Ewentualnie razowca z sałatą polaną olejem lnianym? Że kompletnie CI odbiło, bo związałeś się z heterą, która zmieni Twoje życie w piekło. I nawet jeśli, z racji jej wyglądu, na początku usłyszysz „fiu, fiu”, to i tak po krótkim czasie powiedzą: „chyba mu odbiło”. A ona będzie zrzędzić, że sprowadzają Cię na złą drogę. Gdy raz, drugi nie przyjdziesz, dla świętego spokoju, na oglądanie meczu lub męskie pogaduchy w pubie, oleją Cię i uznają za straconego.

5. Skłóci Cię z Twoją mamą.

Wiadomo, że mama chce dla dziecka jak najlepiej. Wychowywała Cię, karmiła, kryła przed ojcem. I nagle jakaś zołza próbuje zrobić z jej ukochanego synka królika? Na niedzielnym obiadku z trzech dań przygotowanym przez teściową czubkiem widelca wyjada sałatę z talerza? Blokuje możliwość spotykania się z chłopakami znanymi od czasów liceum? Która mama by to zniosła? Konflikt musi być. I jeśli, w fazie buzującej chemii, zrobisz dla swojego chudzielca wszystko, pokłócisz się z mamą jak nic. Czy warto dla worka kości?

6. Szybko zbrzydnie

Kobiety o naturalnych kształtach, z odpowiednią ilością krągłości tu i tam, długo zachowują świeżość, naturalność, urodę. Chudzielce jeszcze przed trzydziestką zaczynają się marszczyć, czernieć, brzydnąć. I na nic tu żadne kremy, maseczki, liftingi. Skóra naciągnięta na czaszkę musi zamienić się w mapę plastyczną Gór Skalistych. Nie ma innej opcji. No chyba, że będziesz inwestował miliony w botoksy, chirurgów, mumifikatorów. Wtedy jeszcze parę lat pociągnie jako tako. Inaczej, gdy będziesz miał czterdziestkę i z takim chudzielcem pójdziesz na imprezę, mogą Cię na boku delikatnie zapytać, dlaczego przyszedłeś z mamą.

Czego nie powie Ci guru odchudzania

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

jeśli się odchudzacie, ten tekst jest dla Was. Postaram się w krótkich żołnierskich słowach rozprawić z szamaństwem fit-celebrytów.

Zacznę od tego, co na pewno usłyszysz od swoich guru odchudzania. Że to łatwe, że Ci się uda, że potrafisz, że inni dali radę, że wróci zdrowie, że najważniejsza jest motywacja, że w ten sposób pokazujesz jak dbasz o siebie. Brzmi znajomo? W zasadzie bez znaczenia jest, czy chodzi o „super dietę”, „super ćwiczenia”, „super suplementy” czy „super środki”. Bez względu na to, co Ci jest sprzedawane, słyszysz te same słowa. Bo one mają „moc”. Gdyby uwierzyć zapewnieniom szamanów, każdy z nas bez trudu i z uśmiechem na ustach w okamgnieniu zamieniłby się w wychudzonego (znaczy „zdrowego”) modela lub modelkę. Dlaczego zatem tak się nie dzieje? Bo pewnych rzeczy fit-celebryci Ci nie powiedzą. Bo to nie leży w ich interesie. Bo to jest „mroczna strona” odchudzania.

Nie usłyszysz: „rozreguluję Ci metabolizm”. Po każdej diecie Twój próg metabolizmu maleje. Mówiąc najprościej – tyjesz od mniejszej ilości jedzenia. Ma to swoje źródło w naszej ewolucji. Jak było mniej jedzenia, trzeba było szybciej „obrastać w tłuszcz”. Jest to ulubiona tajemnica szamanów, gdyż powoduje w większości wypadków efekt jo-jo. Dzięki temu rzesza ludzi odchudzających się w zasadzie się nie zmniejsza. Odchudzasz się, potem zaczynasz jeść normalnie, tyjesz, bo potrzebujesz mniej energii i wracasz w podskokach do swojego guru.

Nie usłyszysz: „skonsultuj się najpierw z lekarzem”. Czy słyszeliście kiedykolwiek „zanim wybierzesz moją dietę, pójdź do lekarza i niech oceni, czy jest bezpieczna”? No nie. Bo większość diet, poza stopniowym ograniczaniem ilości normalnego jedzenia (ale do tego nie potrzebujesz żadnych guru), nie jest bezpieczna. I to powiedziałby Wam lekarz. Wszystkie monodiety, głodówki, diety tłuszczowe, ale także gwałtowne zmniejszanie ilości kalorii mają uboczne skutki, często bardzo poważne dla organizmu. Podobnie rzecz się ma z ćwiczeniami fizycznymi. Najbardziej skuteczne są te intensywne. Ale czy zanim kupisz płytę z zestawem fit-podskoków usłyszysz „idź do kardiologa, ortopedy, pulmonologa, niech Cię zbadają i ocenią, czy możesz tak intensywnie ćwiczyć”? No nie, bo przecież osoby z dużą nadwagą mają jak w banku, że lekarz powiedziałby „proszę zażywać umiarkowanego ruchu ze względu na swoje stawy i serce”. A wtedy nici ze sprzedaży „super płyt” z „super ćwiczeniami”.

Zazwyczaj nie usłyszysz także: „odchudzanie będzie bardzo długo trwało”. Zresztą – nie chcesz tego usłyszeć. Więc szaman mami Cię zdjęciami tych, którym się udało, nierzadko twierdząc, że trwałe zrzucenie zbędnych kilogramów zajęło niewiele czasu. Podkreślam: TRWAŁE. Zagłodzić się można i w miesiąc, trwałe odchudzanie, bez gwałtownego obniżenia poziomu metabolizmu, musi trwać. Miesiącami, latami – w zależności od stopnia nadwagi. I każdy, kto wmawia Ci co innego, po prostu kłamie.

Jeśli zatem nie jesteś mentalnym królikiem żywiącym się zieleniną w imię swojej przyjaźni z trzodą chlewną, a Twoja waga zaczyna sprawiać Ci kłopoty zdrowotne, pójdź do lekarza, a potem po prostu powoli ograniczaj ilość zjadanego żarcia. I jedz normalnie. Mniej, ale normalnie.

Kuchnia w pociągu

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

nie będzie o daniach serwowanych na kolei, ale o tym, co zabieramy w podróż. Trochę jestem przerażony. Ostatnio musiałem przejechać spory kawałek pociągiem. Zamknięty na niewielkiej przestrzeni przedziału, mogłem podglądać kulinarne gusta współpasażerów. Zacznę od siebie. W podróż zabieram ze sobą kanapki. Wiem, że mnie nasycą i nie będę miał po nich żołądkowych problemów, co akurat w przypadku stanu toalet na polskiej kolei jest dość istotne. Zwykłe klasyczne zestawienie: chleb lub bułki, masło, jakaś dobra wędlina, trochę zieleniny. Do tego aromatyczna kawa w termosie (nie mam zaufania do „wytanianek” sprzedawanych z wózka). Jak widzicie – normalnie i zdrowo. Rzec by można – klasycznie. Nie ukrywam, że rzadko jeżdżę pociągami, wolę samochód, ale tym razem zdecydowałem się na kolej. Zrobienie kilku kanapek przed wyjściem zajęło mi mniej niż pięć minut. Byłem absolutnie przekonany, że inni podróżni zrobili dokładnie to samo. Jakież było moje zdziwienie, gdy w trakcie jazdy okazało się, że byłem jedyną osobą, która posilała się normalnie. Ale po kolei.

Mniej więcej po godzinie od momentu, gdy skład, pamiętający zapewne czasy Gierka, ruszył, wszyscy sięgnęliśmy do toreb i teczek, by wyciągnąć wiktuały. Nie, przepraszam, w jednym wypadku jedzenie zaczęło się już na starcie. Naprzeciwko mnie siedziała „mamuśka” z może sześcioletnim bachorem, który jadł właściwie non stop. Najpierw chrupki, potem rozpuszczalna guma, następnie jakieś ciastka z nadzieniem, paluszki. Oczywiście do tych słodkości i słoności wypił wiadro różnych „soczków” i „przecierów”. Czemu dzieciak nie dał rady, dojadała mamusia. Zacząłem się czuć nieswojo, gdy uświadomiłem sobie, że siedzę dokładnie naprzeciw napakowanego całym tym badziewiem chłopczyny. Jakoś jednak dowiózł wszystko do końca, choć marudził, że brzuch go boli i kilka razy biegał z mamusią na koniec wagonu. Gdyby zjadł kanapkę… W kącie przy oknie podróżowała wychudzona dziewoja, wygłodniała jak nie wiadomo co. Na drogę zabrała ze sobą chyba ze dwa kilogramy jabłek, które chrupała jedno po drugim. Nie mam nic przeciwko jabłkom, ale, boziu droga, nie mogą zastąpić normalnego posiłku. Zjadła ich tyle, że aż ją wzdęło. Ponieważ popijała to wszystko niegazowaną wodą, dość szybko dołączyła do pielgrzymek na koniec wagonu. Gdyby zjadła kanapkę… Obok mnie podróżował dość postawny trzydziestolatek. Nie jadł dość długo nic, jak się potem okazało, nie wziął po prostu jedzenia z domu. Po trzech godzinach podróży kupił od obnośnego sprzedawcy największą pakę chipsów i puszkę coli. I przez kolejny kwadrans „umilał” wszystkim podróż chrupaniem, mlaskaniem i wcale niedyskretnym bekaniem chemią. Gdyby zjadł kanapkę…

Siedziałem tak w tym przedziale i myślałem. Co z nami jest nie tak? Dlaczego nie potrafimy jeść normalnie? Pośpiech? Nie wierzę, że całe to towarzystwo nie znalazłoby kilku minut na zrobienie sobie porządnego drugiego śniadania do pociągu. Koszt? Moje kanapki z pewnością były najtańszym posiłkiem w przedziale. To chyba rzeczywiście kwestia braku myślenia. Z drugiej strony – pannica z jabłkami. Pewnie guru życia fit byliby z niej dumni. To nic, że jak wsiadła, tak wysiadła z pociągu głodna. To nic, że w dziesięciu jabłkach i tak zjadła kalorie równoważne jednej lub dwóm normalnym kanapkom. Ważne, że nie jadła „niezdrowego” pieczywa, „trującej” szynki, „zabójczego” masła…

Ale chyba najważniejszym powodem tego kulinarnego misz-maszu jest moda. Odpakowując kanapki z folii, czułem się jak  przeniesiony z przeszłości. Nie jadłem bowiem ani reklamowanego na okrągło chemicznego badziewia, ani też wręcz przeciwnie – nie wpisywałem się w trend „zieleninożarstwa”. Jadłem anachroniczne pszenne bułki z masłem i szynką.

Suplementowa rosyjska ruletka

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

refleksja z porannej wizyty w aptece. Rzadko mi się to zdarza, ale dziś rano musiałem pójść do apteki, by wykupić receptę. Z szeroko otwartymi oczami patrzyłem, jak paniusia, która stała przede mną, lekką ręką wydała ponad 200 zł na całą torbę różnych suplementów diety. I na włosy, i na cerę, i na odchudzanie, i na samopoczucie. Wyobrażacie to sobie? Kupiła z kilogram tabletek w zasadzie bez żadnej wartości. Co więcej, pochłaniając to wszystko, z pewnością zrobi sobie więcej złego niż dobrego. A najdziwniejsze jest to, że wszystkie te składniki „cudownych środków” znajdują się w pożywieniu. I w 99% wypadków absolutnie wystarczają organizmowi. No chyba, że ktoś opiera swoją dietę wyłącznie na sałacie, albo wręcz przeciwnie – na batonach. Ale wtedy i tabletki nie pomogą. Najczęściej pojawiającymi się składnikami większości badziewia, które owa paniusia zakupiła były witaminy, szczególnie A, E i C. Miała więc owa niewiasta jak w banku, że je przedawkuje.

Po powrocie do domu sięgnąłem do różnych publikacji. Chciałem sprawdzić, jaki skutek ma przekroczenie rozsądnych dawek ww. witamin. W 2007 r. w „Journal of the American Medical Association” opublikowano wyniki badań, z których niezbicie wynikało… rakotwórcze działanie ich nadmiaru w organizmie. Owe, jak najbardziej niezbędne w umiarkowanej ilości, popularne antyoksydanty osłabiają bowiem naturalną odporność organizmu i przez to aż o 16 proc. zwiększają ryzyko nowotworów. „Moja” paniusia z apteki, chcąc być wiecznie młoda i zdrowa, w rzeczywistości gra w rosyjską ruletkę.

Spokojnie – powie ktoś – to przecież jedna paniusia, ale reszta narodu jest mądra. I tu kilka faktów. Według różnych badań Polacy połykają średnio każdego roku od 150 do 200 tabletek różnego świństwa, który według producentów ma ich doprowadzić do idealnego zdrowia, a w rzeczywistości to zdrowie rujnuje. I zamiast jeść jak człowiek, normalnie i różnorodnie, wpierniczają byle co, a ewentualne braki (często zresztą wyimaginowane) uzupełniają w aptekach. Paranoja. Żeby jeszcze bardziej Was poruszyć, przywołam, już bez komentarza, inne dane. W 2014 r. na nieleki w aptekach wydaliśmy, bagatela, 11,5 miliarda złotych.

Jedzcie normalnie, żyjcie zdrowo, a gdy zobaczycie reklamę suplementu w telewizji, zamiast na nią bezmyślnie patrzeć, zagrajcie w grę w telefonie albo przeczytajcie jakiś ustęp z ciekawej książki.

Mówię „nie” klubom fitness

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

ruch to niewątpliwie zdrowie. Ale czy żeby być zdrowym, muszę ganiać kilka razy w tygodniu do klubu albo skakać godzinami do płyt fit-celebrytów? Zdecydowanie nie. Ponad sto lat temu sir George Trevelyan (ale dociekliwych – drugi baronet) pisał „mam dwóch lekarzy: moją lewą i prawą nogę.” Był miłośnikiem spacerów, które jak twierdził, pozwalają mu obyć się bez lekarskiej pomocy. Był o tyle wiarygodny, że zmarł w wieku 90 lat.

Problemem współczesnych Polaków nie jest to, że nie ćwiczą regularnie, choć media i szamani właśnie taki model „zdrowego życia” lansują (trudno im się dziwić, wszak żyją z tego). Naszym problemem jest to, że się w ogóle nie ruszamy. Nawet na siłownię jeździmy samochodem. Na pewno widzieliście zdjęcie amerykańskiej siłowni, które co raz obiega internet, do której prowadzą… ruchome schody. To idealny komentarz. Mimo że jem normalnie, nie licząc kalorii i nie odchudzając się, trzymam formę. Tylko i wyłącznie dlatego, że spaceruję. Z psem, po niedzielnym obiedzie, na przystanek nie najbliższy mojemu domowi. W zasadzie codziennie 30-40 minut spędzam na wędrówkach. Nie daję zarobić cwaniakom, którzy twierdzą, że są mi niezbędni, „bym trzymał formę”. Nie są. Mogę sobie doskonale bez nich poradzić. Żeby nie powtarzać, jak małpa w cyrku, bezmyślnych ćwiczeń, zawsze wyznaczam sobie cel. Idę na przykład do księgarni, poszukać jakiejś książki albo płyty, do zaprzyjaźnionej piekarni po smakowite bułeczki, do apteki po syrop na kaszel, do ciotki na rozmowę o starych dziejach. Zamiast wyciągać samochód, idę. Czasem, gdy nie mam czasu, wysiadam z autobusu przystanek wcześniej, żeby chociaż przez dziesięć minut dać popracować moim „lekarzom”.

I to zupełnie wystarczy. Nie muszę być królikiem liczącym każdą zjedzoną kalorię, mam czas na myślenie. Kwadranse spędzone na spacerach mijają mi szybko. I żyję zdrowo. Czego i Wam życzę.

Zieloni zabójcy

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

dziś będzie o „zdrowych” trucicielach. Jeśli ktokolwiek chciałby zguglować „warzywa i owoce”, znajdzie w necie tysiące stron opisujących zalety zieleniny. Nie przeczę, że jarzyny (surowe warzywa) są doskonałym dodatkiem do pełnowartościowych posiłków. Co do owoców – mało kto nie sięga do soczystego jabłka czy pachnącej gruszki. Mimo że stoję na stanowisku, że dieta oparta głównie na roślinach nie służy człowiekowi, to nie trzeba mnie przekonywać, że wyeliminowanie z pożywienia jarzyn, warzyw i owoców pozbawiłoby nas wielu niezbędnych elementów.

Chciałbym jednak pokazać Wam „mroczną” stronę zieleniny. To chemia. Banał – pomyśli większość z Was. Przecież doskonale wiemy, że w procesie produkcji nasze ulubione jabłka, truskawki, pomidory, sałaty itd. są opryskiwane, posypywane różnymi świństwami, by rozmaite drobnoustroje nie zdążyły ich zjeść przed nami. I w czym problem? Bierzemy taką sklepową sałatę pod kran, myjemy. I po krzyku. No nie. Tak to nie działa. Jeśli umyjecie, nawet dokładnie i ciepłą wodą, swoje ulubione jabłko czy sałatę, macie jak w banku, że wraz z nimi zjecie sporą dawkę chemii, a i chorobotwórcze bakterie się często zdarzą. I zamiast spokojnie sobie wchłaniać minerały i witaminki, możecie godziny spędzić w ustronnym miejscu, oddając się nie najprzyjemniejszej formie odwadniania. Co bardziej podatni mogą także dostać rozmaitych alergicznych wysypek, świądu. Opowiadał mi znajomy dermatolog, jak leczył kilkulatka z późnowiosennej alergii, którą okazała się… reakcja na syf, którym posypywane były jego ulubione truskawki od zaprzyjaźnionej babiny na targu.

Dlaczego nasza zwykła woda nie pomaga? Bo część pestycydów po prostu w niej się nie rozpuszcza, zaś spora ilość mikroorganizmów, nawet po intensywnym płukaniu, nadal pozostaje na skórce. Można oczywiście próbować szorowania szczoteczką, ale w przypadku truskawek czy pomidorów taka forma czyszczenia raczej nie wchodzi w grę :) A zatem, słuchając mądrych rad cioć i wujków z tv, którzy podczas przygotowywania posiłków opłukują zieleninę pod kranem, mamy jak w banku zeżarcie gratis sporej porcji rozmaitych środków ochrony roślin.

Ale nie wariujmy. Można uniknąć wielogodzinnych sesji w toalecie. Sposoby na usunięcie paskudztwa znajdziecie w internecie. Wystarczy np. zieleninę opłukać w roztworze octu (bakterie precz) i sody oczyszczonej (pestycydy precz). I już można rozkoszować się schabowym z sałatką z pomidorów.

Admirał Nelson poleca

Witajcie Niepopaprańcy Jedzeniowi,

sezon zbieractwa trwa, więc dla odmiany coś z grzybami. Dziś w ramach normalnej kuchni szybka wariacja na temat zrazów po nelsońsku. Zasadniczo powinny być z polędwicy wołowej, ale ja często robię je z szynki, a nawet łopatki wieprzowej. Też są wyśmienite. Admirał Nelson byłby dumny. Danie jest tak proste, że aż dziw bierze, że mało popularne. Czego potrzebujemy? Mięsa, soli, ziemniaków, grzybów, cebuli i śmietany. Można z tymi produktami się bawić pół dnia, obsmażać, zrumieniać, doprawiać. Ja Wam pokażę, jak zrobić zrazy szybko. Do garnka wkładamy warstwę cebuli pokrojonej w plasterki, warstwę obranych i pokrojonych w talarki ziemniaków, warstwę mięsa pokrojonego w niewielkie kotleciki, warstwę umytych, obranych i pokrojonych grzybów (kozaki, maślaki, podgrzybki, kurki, prawdziwki – co kto uzbierał albo nabył w babiny pod lasem, ewentualnie zakupił w wielkopowierzchniowcu) i na wierzch znów warstwę ziemniaków. Proporcje ilości dobieramy wedle uznania. Wszystko solimy, podlewamy odrobiną wody i dusimy pod przykryciem ok. 40 minut, mieszając w wolnej chwili. Warto w czasie przygotowywania dania poczytać książkę G. i A. K. Bidwellów „Admirał i kochanek: Horatio Nelson”, wówczas zrazy będą smakować zdecydowanie lepiej, zgodnie z zasadą „wiesz, co jesz” :) Trzeba tylko uważać – książka wciąga i można nasze zrazy przypalić. Na koniec dodajemy śmietanę i danie gotowe. Ponoć najlepsze jest odgrzewane następnego dnia, ale u nas nigdy nie doczekało. Admirał wiedział, co dobre.

Czy takie danie może zrobić królik? W życiu. Czym niby miałby zastąpi przepyszne mięso – sojowym rozgnieciuchem? Fuj.